Biegliśmy z Brooklyn już dłuższy czas. Dziewczyna była wyczerpana, ale nie poddawała się. Z czasem zaczęła jednak nieco zwalniać. Mimo, że mogłem biec dalej nie mogłem jej zostawić. Byliśmy w lesie. Wspięliśmy się na jedno z wyższych i bardziej rozrośniętych drzew tak, że nie było nas widać. Przesiedzieliśmy tam cały dzień i noc, by zmylić pościg. Rano zeszliśmy na ziemię. Byliśmy wyczerpani, ale jakoś udało nam się dotrzeć do miasta. Wszyscy dziwnie na nas patrzeli, no tak... Ludzie z kocimi uszami i ogonami nie są tu normą. Weszliśmy do zaułku, gdzie nie było nas widać i mieliśmy się zmienić w koty, gdy nagle... Podszedł do nas kot. Trzymał coś w pyszczku. To była jakaś mała karteczka. Położył ją przed moimi nogami i poszedł do Brooklyn, która zaczęła go głaskać i się z nim bawić. Schyliłem się po karteczkę i przeczytałem, co na niej pisze. Również pogłaskałem kota i pokazałem karteczkę siostrze.
Zgodnie uznaliśmy, że to nasza szansa. Nie mieliśmy pieniędzy, więc pozostawało nam wierzyć, że to dość blisko, by nie umrzeć z głodu. Brooklyn wzięła kota na ręce i razem ze zwierzęciem poszliśmy do akademii, w sumie, to kot tłumaczył nam drogę...
Wreszcie dotarliśmy, zostawiliśmy kota przed wejściem, a on od razu gdzieś pobiegł. Weszliśmy do środka małego budynku, weszliśmy do sekretariatu... Dostaliśmy klucze do pokoi. Weszliśmy do akademika a jego ogrom całkowicie nas zszokował. W końcu jednak rozeszliśmy się do pokoi. Był już wieczór, więc od razu położyłem się spać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz